Dzisiaj nie napisze „naszej historii”, poniewaz wczoraj wrocilam do domu bardzo pozno i nie mialam nawet czasu sie ogarnac. Caly dzien na uniwersytecie, zero przerwy, a jadlam w drodze do nastepnej klasy, nawet nie bylo czasu zajrzec do mensa universitaria (stolowka studencka), na ktora mam znizke.


Egzamin z informatyki, o ktorym tutaj wczesniej pisalam, musialam powtorzyc, bo zamiast wynikow otrzymalam maila od profesora, w ktorym napisal, ze „plik z egzaminem jest uszkodzony, prosze przyjsc w czwartek o 14.00 do mojego biura, zeby powtorzyc egzamin”. No to poszlam. Przychodze, a tutaj w kolejce 12 osob przede mna. A przeciez ricevimento (hmm… po polsku to bedzie „godziny przyjec”) sie konczylo o 16.00, czyli dwie godziny pozniej. No dobra. Usiadlam i czekam. Minely dwie godziny, umieralam z glodu, a przede mna jeszcze 7 osob. Za mna dwie. W koncu profesor postanowil przyjmowac po dwie osoby i na dwoch komputerach robily egzamin. Po 3,5 godzinach weszlam ja, zrobilam egzamin tak szybko, jak tylko sie udalo i ucieklam do domu. Oczywscie zdalam. :) Czyli 5 nastepnych kredytow zaliczonych. Mam juz 15 z… 60, ktore musze zdobyc w tym roku szkolnym.

On cos sie ostatnio zmienil. Przedwczoraj zapytal mnie cicho „Naprawde szukasz mieszkania?”…, a mnie sie zrobilo smutno, ale odpowiedzialam, ze tak. Ogloszenia w internecie sa, pare tez jest na uniwersyteckiej tablicy. Nie odezwal sie, ale widzialam, ze byl troche rozczarowany. Od kiedy osiagnal (chyba) szczyt swojej zlosci, to jest polamal ladowarke od komputera, sluchawki i noz, uspokoil sie. Ba, zaczal byc mily i wreszcie sie jako tako dogadujemy. Moze On teraz czeka na moj ruch?