Nie moge spac. Mysli o problemach wpedzaja mnie, zreszta wpedzily mnie juz dawno w depresje. W nocy leze rozciagnieta na lozku, z zamknietymi oczami i mysle o nim, o studiach, o zyciu na emigracji, o tym, zeby wreszcie zasnac. Patrze co jakis czas na zegar w telefonie, i licze minuty. W koncu sprawdzam godzine nastepny raz – kurcze, czwarta rano. Z calej sily zmuszam sie do spania. I budze sie trzy godziny pozniej, dwadziescia minut przed odjazdem pociagu do miasta.


Przez cale dnie towarzysza mi dwa sprzeczne ze soba uczucia – milosc i nienawisc. Bo ja go nienawidze, ale tez kocham. Oba te uczucia mnie niszcza od srodka, a moze juz zniszczyly. Kiedy sie kloci i krzyczy na mnie, kiedy sie zlosci, to najchetniej wzielabym noz i zadzgala nim go. Ale kiedy jest dla mnie mily i rozmawiamy nie klocac sie, kiedy sobie nawzajem pomagamy… moglabym go nosic na rekach. Sama juz nie wiem, juz z nim nie wytrzymuje psychicznie, ale z drugiej strony… zakochalam sie. Majac nascie lat juz go znalam, bo znamy sie od wielu lat, i z nim dorastalam, z nim sie ksztaltowalam, kocham go strasznie i nie wazne, czy jest muzulmaninem czy poganinem, czy buddysta czy kimkolwiekinnym. Nie da sie tak szybko odkochac, kobiety kochaja bardziej, bo procz milosci jeszcze sie przywiazuja, a facet jesli przestanie kochac to sobie pojdzie do innej.

Niedlugo bede w Polsce, kupie sobie jakis lek na bezsennosc.

PS Tamtego dnia przyszedl do mnie do pokoju i pojechalismy jednak na zakupy. Byl mily przez pierwsze dwie godziny lazenia po sklepach, pozniej cos w niego wstapilo i w drodze powrotnej stal sie potworem. Ale jako dotrwalismy. Wiem, ze nim rzadzi zlosc, nie wiem jak mam mu pomoc, bo on nie chce nawet isc do psychologa…