Karnawal. We Wloszech wlasnie sie skonczyl. Jak bylo?


W niedziele obudzilam sie i wychodzac z domu wdepnelam w gore confetti przed wejsciem. Ludzie swietowali karnawal, przebrani w maski i stroje czarodziejek, grupami chodzili po ulicach. W Wenecji podobno z dworca kolejowego na Piazza San Marco szlo sie 2 godziny, a moja kolezanka ze studiow (Angielka) stwierdzila, ze dziwne, ze Wenecja nie utonela od naplywu turystow. I powiedziala Wenecji w karnawal – nigdy wiecej. Ale dopiero dzisiaj jest prawdziwy karnawal, a przynajmniej jego koniec – nazywa sie Martedi Grasso (czyli Tlusty Wtorek). Tak tak! Je sie faworki (le chiacchere), tyle ze sa inaczej przygotowywane i posypane nie cukrem pudrem, ale zwyklym cukrem (wole polska wersje) i sa plaskie i dosc twarde:



Dzis, w Martedi Grasso je sie wlasnie le chiacchere, na polnocy w Alpach tez krapfen, czyli paczki. Dzis jadac na unwiersytet zaobserwowalam brak ludzi. „Wszyscy swietuja w domu”, odpowiedziala mi jedna kobieta. No tak. To swieto nie ma takiego wymiaru jak w Polsce. W ogole zauwazylam, ze Wlochy maja strasznie bogata tradycje. Jako ze moj kurs wloskiego zawiera tez ciekawostki kulturalne, od czasu do czasu napisze tutaj cos o Wloszech, zeby rozluznic atmosfere.


PS On o Dniu Kobiet pamietal. Che sorpresa! (co za niespodzianka)